środa, 16 lipca 2008

Poranne refleksje cz.2

Kolejny dzień, kolejne spotkanie z szarą codziennością. Pomału sączę zimne piwo. Cisza nocy przejmuje we władanie rozgorączkowane miasto. Gdzieś, jakiś niespokojny duch, włócząc się pustymi ulicami uparcie szuka drogi powrotnej do domu. Z odległych lokali dolatują echa muzyki. Jak wspomnienie przeszłości zmęczoną głowę ogarnia sen, kojący po trudach dnia i męczący czasem koszmarami.

Zrozumieć głębię snu to zrozumieć człowieka, to zrozumieć jego podświadomość. To zrozumieć jego największe pragnienia, których istoty sam pewnie nie podejrzewa. Noc przynosi nowe myśli, nowe myśli przynoszą ze sobą nowe plany i zadania. I pośród tego natłoku trzeba się znów rano odnaleźć, znowu zacząć dzień od porannej kawy.

Dziwny jest ten świat - śpiewał Czesław Niemien. Zaiste dziwny i niezrozumiały, choć jednocześnie tak bliski. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że zabrano nam coś najważniejszego - wolność. Tkwimy w klatce konwenansów, zasad, praw i obyczajów. Codziennie odbywamy tę samą pielgrzymkę do pracy, szkoły, urzędu. Nasza codzienność obwarowana z każdej strony niebotycznym murem przepisów nie jest już całkowicie tylko od nas zależna. Ukryci za tym murem cieszymy się jakąś kulawą namiastką wolności, nie zdając sobie sprawy z tego, co bezpowrotnie straciliśmy.

Ktoś może powiedzieć, że gdyby nie prawa i zasady nie funkcjonował by cały aparat życia społecznego, że miejsca nie miałaby struktura państwowa, że cała cywilizacją pogrążyła by się w chaosie i w konsekwencji tego bardzo szybko upadła. I czasem odnoszę wrażenie, że nie byłoby to takie złe. Owszem, wszystko ma swoje wady i zalety, ale gloryfikowanie postępu jest również poważnym błędem.

wtorek, 15 lipca 2008

Poranne refleksje cz.1

Głuchy warkot budzika obwieszcza nadejście kolejnego dnia. Zaspanym wzrokiem przeglądam kolejne portale. Afera nr.1, afera nr.2, towarzysz XXX, bezpieka, jakieś mało wiarygodne teczki z niepewnego źródła - nic, co naprawdę warto by przeczytać, nic, co jest ważne. Z ekranu wylewa się dziennikarski chłam i pseudo sensacja. Lud musi czym się zainteresować, a rzucając mu ochłapy oducza się ludzi myślenia, trzeźwego spojrzenia na rzeczy istotne.

Kolejne rządy jeszcze zaniżają poziom - zamiast informacji o planach rozwoju kraju dostajemy kolejną porcję rozliczeń z poprzednikami, obrzucania się błotem i komisji śledczych. A dziennikarze o tym piszą, bo wiedzą, że większość ludzi tego właśnie chce - i to jest straszne! 70% Polaków* zadowala się byle czym, zadowala się bylejakością. więc nie wymagajmy od nich myślenia, bo nieużywany organ zanika.

Dlatego tak trudno jest w tym natłoku taniej sensacji znaleźć interesujące informacje profesjonalnie przedstawione i podane. Owszem, są tacy, którzy starają się to dla nas robić, ale oni szybko są spychani na drugi, trzeci plan.
cdn...

(* liczba szacunkowa, nie poparta żadnymi badaniami)

poniedziałek, 14 lipca 2008

Czas zacząć

A więc się zaczęło się... deszczowy wieczór, zachłanny, zimny wiatr wdzierający się przez uchylone okno i ten mroczny głos dochodzący gdzieś zza biurka. Trwożliwie wciskam power. Z głośników dolatuje zgrzyt. Coś się przewala, kotłuje, łupie niemiłosiernie w membranę. Głuchy charkot przebija się przez ochronną warstwę kurzu i rozbiega po pokoju znacząc swój szlak opadającymi okruchami dawno zaschniętej bułki. Pod ścianą poza pustym szklanym pojemnikiem po niezidentyfikowanej substancji pełzającej toczącym się cierpliwie w kierunku czegoś, co kiedyś przypominało łóżko nie ma nic, a właściwie nic nie powinno być...

Czekam cierpliwie... Okno uchyla się jeszcze o kilka centymetrów. Mógłby to być w pełni zautomatyzowany proces całkowitego otwarcia szklanej ściany, mógłby to być wiatr ciągle nawiewający wolno opadający na podłogę pył, mógłby to być czarniejszy niż noc przerażający kształt, podejmujący heroiczne próby wdarcia się przez blanki parapety do twierdzy- pokoju i przejęcia go we władanie, ale nie jest.... chyba nie jest...

Zegar zaczął tykać. Ot tak sobie, dla urozmaicenia nudnej egzystencji ciągłego milczenia. Miarowe tik-tak, niczym dudniące w korytarzu kroki. Robi się coraz zimniej. Od poczerniałego sufitu odpada kawałek czegoś, co przypomina dziwną mieszaninę brudu, tynku, gruzu i jeszcze czegoś, o czym lepiej nie wspominać. Kroki cichną tuż pod drzwiami. Czuję go. Upiorna ręka rysuje runiczny symbol na szybie. Zastygam w całkowitej ciszy...

Przez szparę w drzwiach wpada kość... nie jakaś duża, raczej mała, płaska, jakby kawałek palca ktoś wsunął pod drzwi. Nagle, wśród ogłuszającego huku i zgrzytu, rumoru, jakby spadającej z gór lawiny wysypują się jak z otwartego worka... jak wezbrana rzeka potężnym uderzeniem taranująca wały przed sobą... jak fala wzburzonego morza zalewająca maleńką łupinkę stateczku... Zamieram w przerażeniu....

Kostka cukru wrzucona do kubka z wodą pomału rozpuszcza się, pomału znika nam z oczu. Stopniowo wszystko cichnie, pozostawiając po sobie tylko cichy szum... pozostawiając tylko mgliste wspomnienie...