A więc się zaczęło się... deszczowy wieczór, zachłanny, zimny wiatr wdzierający się przez uchylone okno i ten mroczny głos dochodzący gdzieś zza biurka. Trwożliwie wciskam power. Z głośników dolatuje zgrzyt. Coś się przewala, kotłuje, łupie niemiłosiernie w membranę. Głuchy charkot przebija się przez ochronną warstwę kurzu i rozbiega po pokoju znacząc swój szlak opadającymi okruchami dawno zaschniętej bułki. Pod ścianą poza pustym szklanym pojemnikiem po niezidentyfikowanej substancji pełzającej toczącym się cierpliwie w kierunku czegoś, co kiedyś przypominało łóżko nie ma nic, a właściwie nic nie powinno być...
Czekam cierpliwie... Okno uchyla się jeszcze o kilka centymetrów. Mógłby to być w pełni zautomatyzowany proces całkowitego otwarcia szklanej ściany, mógłby to być wiatr ciągle nawiewający wolno opadający na podłogę pył, mógłby to być czarniejszy niż noc przerażający kształt, podejmujący heroiczne próby wdarcia się przez blanki parapety do twierdzy- pokoju i przejęcia go we władanie, ale nie jest.... chyba nie jest...
Zegar zaczął tykać. Ot tak sobie, dla urozmaicenia nudnej egzystencji ciągłego milczenia. Miarowe tik-tak, niczym dudniące w korytarzu kroki. Robi się coraz zimniej. Od poczerniałego sufitu odpada kawałek czegoś, co przypomina dziwną mieszaninę brudu, tynku, gruzu i jeszcze czegoś, o czym lepiej nie wspominać. Kroki cichną tuż pod drzwiami. Czuję go. Upiorna ręka rysuje runiczny symbol na szybie. Zastygam w całkowitej ciszy...
Przez szparę w drzwiach wpada kość... nie jakaś duża, raczej mała, płaska, jakby kawałek palca ktoś wsunął pod drzwi. Nagle, wśród ogłuszającego huku i zgrzytu, rumoru, jakby spadającej z gór lawiny wysypują się jak z otwartego worka... jak wezbrana rzeka potężnym uderzeniem taranująca wały przed sobą... jak fala wzburzonego morza zalewająca maleńką łupinkę stateczku... Zamieram w przerażeniu....
Kostka cukru wrzucona do kubka z wodą pomału rozpuszcza się, pomału znika nam z oczu. Stopniowo wszystko cichnie, pozostawiając po sobie tylko cichy szum... pozostawiając tylko mgliste wspomnienie...
poniedziałek, 14 lipca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz